23 września 2015

,,Wbrew sobie" Katarzyna Kołczewska

Ostatnio coraz więcej mówi się o problemie, który dotyka kobiety w każdym wieku - utrata dziecka, brak możliwości zajścia w ciążę. Co dziwne, nie stronię od takich książek.

Wydawać by się mogło, że Adam i Ewelina Rajscy mają wszystko, co mogli sobie wymarzyć. Ona stateczną pracę w szpitalu i prywatnej klinice. On, właściciel agencji reklamowej. Do tego spodziewali się dziecka. Niestety, w 20. którymś tygodniu okazało się, że płód jest martwy. Od tego momentu małżeństwo Rajskich zaczęło się rozpadać. Nie ma się czemu trochę dziwić, kobieta nie potrafiła pogodzić się z niewiarygodną stratą, oczekiwała od męża ciągłego wsparcia, a przecież minęło już kilka miesięcy i zbliżali się do roku żałoby. Czy ten związek miał jeszcze szanse na szczęśliwe chwile?

Równolegle poznajemy historię Justyny, jej męża i dwójki dzieci. Bohaterka to siostra pani doktor. Nie brak także rodzinnych tajemnic, które w końcu ujrzą światło dzienne. Ostatni wątek to Majdanowski, wspólnik z agencji reklamowej, jego rodzina i znajoma Patrycja Szewczyk. Każdy z nich skrywa jakieś tajemnice, utajnione żale, niewyjaśnione historie sprzed lat. Do czego to wszystko doprowadzi? Ich życie na pewno nie jest czarno-białe, nie jest też feerią barw. Ot, zwykła rzeczywistość ludzi takich, jak my. Którzy też mają prawo mieć gorszy dzień, zatajone żale.

Muszę przyznać, że z twórczością Katarzyny Kołczewskiej nie miałam wcześniej styczności, więc nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Niemniej, już od samego początku miałam dobre przeczucie, że to będzie udana przygoda. I nie pomyliłam się. Pisarka ma na koncie jeszcze 2 inne pozycje - ,,Idealne życie" oraz ,,Kto, jak nie ja?". Mam ogromną ochotę również się z nimi zapoznać. Autorka wykreowała bohaterów, którzy nie są jednoznaczni. Muszę przyznać, że nie do końca polubiłam Ewelinę. Jestem w stanie zrozumieć w jakimś stopniu stratę dziecka, ale to, co działo się później, jest poniżej wszelkiej krytyki. Mam także na myśli relacje z matką. Nie będę jednak nic więcej zdradzać.

Mimo, że książka ma 760 stron, czyta się ją naprawdę niezwykle szybko. Sama spędziłam z nią trzy popołudnia. Podejrzewam, że gdybym chciała, zdążyłabym ją pochłonąć w dwa dni. Właściwie nie wiem, kiedy strony przelatywały, a ja z każdą kolejną byłam bardziej ciekawa, jak skończy się ta historia. Ostatnio mam głupi zwyczaj czytania na początku ostatniej strony, jednak w żadnym stopniu nie umniejszyło mi to przyjemności z lektury ,,Wbrew sobie". To piękna opowieść o rodzinie, małżeństwie, koszmarach z przeszłości. Jestem pewna, że Wam się spodoba.

3 komentarze:

  1. O kurcze trzy dni tyle stron szacun :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka typowa obyczajówka. Ale brzmi całkiem ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapowiada się interesująco, tak, jak lubię.

    OdpowiedzUsuń